Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialog. Pokaż wszystkie posty

07 lipca 2009


Ksawery Knotz
kapucyn
Rekolekcje dla małżonków
Skomielna Czarna 2009
Seksualność darem Boga
O świętym akcie małżeńskim
Pliki w formacie mp3
do ściągnięcia !!!


07 kwietnia 2009

Najpierw trzy razy pochwal!



Pierwsze świadectwo



Z jakąkolwiek koleżanką bym się nie spotkała, one wszystkie od razu zaczynają narzekać na swoich mężów. Jedna przez drugą opowiadają o tym "jaki to ten mój mąż jest okropny". To niemal norma. Moja serdeczna przyjaciółka, pracując z dziećmi, ma taką zasadę: "Jeśli musisz dziecko poprawić, dać mu jakąś swoją krytyczną uwagę, musisz je przedtem najpierw trzy razy pochwalić".


To moje odkrycie zbiegło się w jednym czasie z naszym bardzo poważnym kryzysem małżeńskim. Z dnia na dzień obserwowałam, jak nasz związek powoli się rozpada. Tak sobie wtedy pomyślałam: o mężczyznach mawia się czasem, że to trochę takie duże dzieci. Może by spróbować tej metody na mężu? Zrobiłam eksperyment. Zaczęłam chwalić męża.

Chwaliłam go za wszystko, za co tylko mogłam go pochwalić, bez zbytniego naciągania oczywiście. I mąż powolutku zaczął się zmieniać. Na lepsze. Zrobił się dla mnie milszy. Z zszarzałego faceta, przeobraził się w pełnego radości, energii mężczyznę. Ten fajny facet był w nim przez cały czas. Tylko ja go nie potrafiłam dostrzec.


Jego wady oczywiście dalej pozostały takie, jakie były. Ale starałam się nie zwracać na nie uwagi. Przymykałam oko. I dalej chwaliłam. Również w towarzystwie. Nic tak nie podnosi męskiej samooceny, jak chwalenie go przy innych. Na początku nie było łatwo. Przyzwyczajona do tego, by mieć pretensje o wszystko, musiałam się nieźle natrudzić, by się powstrzymywać przed wytykaniem mu błędów. Taki zszarzały mąż jakoś nie zachęca do tego, by go chwalić. Ale zawzięłam się. Pomyślałam sobie - przecież to jest w jakiś sposób ciągle ten sam człowiek, za którego wyszłam.


Przecież za coś go kiedyś podziwiałam. To wszystko musi tam gdzieś w nim nadal być! Gdy cokolwiek zrobił dla mnie, zamiast wychodzić z założenia, że to jego obowiązek, chwaliłam go i bardzo mu dziękowałam. Zaczęło się od drobiazgów - zakupy, wyrzucone śmieci, naprawiona klamka w łazience, Stworzyłam w swojej wyobraźni obraz dobrego męża, a potem tu i teraz zachowywałam się wobec niego trochę tak, jakby on już tym dobrym mężem był.


A mąż (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) powolutku przeobrażał się w ten mój "ideał mężczyzny". Ale (to bardzo istotne) - zaczęłam od siebie! To ja pierwsza zaczęłam "dawać". Nie czekałam, aż on zacznie. Nie trudno się domyślić, że po jakimś czasie mąż zaczął robić dla mnie dużo więcej, z ochotą, bez marudzenia. Minął rok i znów mam wspaniałego męża, który (po 15 latach wspólnego życia) znów jest we mnie do szaleństwa zakochany, fajnego synka, spokojny, ciepły dom. Czuję się bardzo szczęśliwa.


Drugie świadectwo


Po kilku latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż mnie zdradza. Wiadomość ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Najpierw był szok, niedowierzanie, wrażenie, że to koszmarny sen potem bunt, gniew, płacz, a w końcu poczucie winy i utrata wiary w siebie. Poczułam się samotna i opuszczona, wydawało mi się, że cały mój świat runął w gruzy. Nie przestawałam się jednak modlić. I bardzo szybko dotarła do mnie prawda - nie jestem samotna, bo Bóg jest ze mną i kocha mnie.


Myślę, że dzięki wstawiennictwu Maryi mogłam mimo wszystko powtarzać mężowi, że go kocham i, że niezależnie od tego, co postanowi zrobić, będę go kochała. Czułam, że to Szatan opętał mojego męża i na nic nie przydadzą się ludzkie sposoby. Walczyłam środkami duchowymi: postem, jałmużną i modlitwą. Podczas Mszy świętej prosiłam o nawrócenia męża. Każdej nocy nakładałam ręce na śpiącego męża i modliłam się do Ducha Świętego. Kochałam.

I choć może się to wydać dziwne, starałam się go traktować jak zawsze. Nie separowałam go ani od stołu, ani od łoża. Chcę być dobrze rozumiana - nie akceptowałam romansu męża, ale nie odtrącałam go. Mówiłam mu, że postępuje źle, ale że ja wierzę w jego miłość do mnie i dobro ukryte w jego sercu. Starałam się niekiedy wspominać najpiękniejsze chwile naszej wspólnej historii.


Rozmowy ciągnęły się całymi godzinami. Nie wszystkie były spokojne, często się raniliśmy. Widziałam jednak wyraźnie, że moja wiara, modlitwa i okazywana miłość zmieniają męża. Jezus zmieniał także mnie. Nie pozwalał, by moje serce stwardniało, zamknęło się w urazie, by miłość uległa ambicji czy pragnieniu zemsty. Zrozumiałam, że ja też mam za co przepraszać, że nie jestem skrzywdzoną niewinnością.


Zobaczyłam, jak wiele ran w przeszłości zadałam. Nasze małżeństwo przetrwało! Przebaczyliśmy sobie nawzajem. W dodatku mój mąż się nawrócił i dla nas obojga jedynym trwałym fundamentem jest Chrystus.

26 lutego 2009

Wróćmy jeszcze do CZUŁOŚCI



Oto przykłady:


„Mój mąż (30) i ja (28) żyjemy w małżeństwie od 8 lat. Jednak od początku naszego małżeństwa wątpię, czy mój mąż mnie kocha. W tych wszystkich latach nigdy mi tego nie powiedział. Gdy ja od cza­su do czasu (nie mogę się od tego odzwyczaić) pytam, otrzymuję odpowiedź: «Przecież to wiesz» albo «znowu to samo». Nigdy nie udaje mi się przeprowadzić jakiejś sensownej rozmowy na ten temat. Za każdym razem jestem po takiej rozmowie zrozpaczona i usiłuję do tego tematu nie wracać. Ile cierpienia mogłoby nam być oszczędzone, gdyby on choć trochę okazywał, że coś dla niego znaczę! Nie wiem, w czym leży nasz problem i jak mogłabym lepiej postępować”.

Jak można tej osobie pomóc?


„Gdy po dniu wypełnionym pracą zawodową, a także drobnymi kłopotami i wielkimi radościami rodzinnego życia mąż bierze mnie w ramiona z tą samą od lat gorącą czułością, słyszę wzruszona słowa miłości. Nie ma więc chyba nic dziwnego w tym, że gdy rano czeszę się przed lustrem i uważnymi oczyma badam moje w nim odbicie, nie martwią mnie siwiejące włosy i zarysowujące się tu i ówdzie delikatne zmarszczki. I nie boję się niczego - nawet starości! Gdy stoję na katedrze, by wygłosić swój kolejny wykład, gdy ogar­niam wzrokiem twarze młodzieży, którą znów za chwilę czegoś nowe­go nauczę, czuję się szczęśliwa. I często zanim powiem pierwsze zdanie, myśl moja na chwilę biegnie do męża...”.

O co zapytałbym tę Panią?

E. Wójcik. Trzeba kochać, żeby żyć. Aspekty psychofizjologiczne małżeństwa. Warszawa 2000 s. 58-59.

07 stycznia 2009

Kiepskie kazania. Zwięzły poradnik dla słuchacza.

Znalazłem coś co zdjęło z mego serca odwieczny problem! Jednocześnie często zastanawiałem się nad tym, jak to rozgryść i jak do problemu podejść.
Myślę, że ten malutki poradnik jest jakąś próbą. A co Ty o tym myślisz Słuchaczu kiepskich kazań?
Popatrzmy co proponuje o. Mateusz Przanowski, dominikanin.
Drogi czytelniku Poradnika!

Jako ten, który wysłuchał już sporo kiepskich kazań w życiu, a do tego jeszcze sam w tej dziedzinie zawyża statystykę postanowiłem sporządzić ten krótki poradnik. Wiedz więc Czytelniku, że czynię to z Norwidowskich „ruin samego siebie”.


Poradnik ten jest adresowany do wszystkich, którzy nolens volens słuchają kiepskich kazań i uważają, że coś jest nie w porządku. I mają niestety rację. Ale co robić? Ojciec Joachim Badeni (97 lat) mawia: „Ja daję kaznodziei 20 sekund i gdy mi się nie podoba wyłączam aparat słuchowy”. Jeśli jesteś młodszy i nie możesz wyłączyć aparatu słuchowego, spróbuj zastosować się do moich wskazówek.


1. Przed kazaniem

Musisz drogi Słuchaczu Kiepskich Kazań wiedzieć, że Pan Bóg nie stawia kaznodziei w komfortowej sytuacji. Kaznodziejstwo jest bardzo ciężkim kawałkiem chleba. Każdy kaznodzieja zna uczucie klęski, gdy skończywszy kazanie patrzy w twarze słuchaczy, na których maluje się pomieszanie przerażenia, politowania, nudy, rozbawienia i innych niskich uczuć. A cóż powiedzieć (fraza kaznodziejska) o tej dziewczynce, które ku uciesze rodziców i gawiedzi przez całe moje kazanie potrząsała grzechotką w odległości metra od ambony? Czyniła to z jakąś obsesyjną jednostajnością. Skończyła dopiero wtedy, gdy zacząłem się jąkać. I jakże nie wspomnieć w tym miejscu (znów fraza kaznodziejska) o jednym, prawdopodobnie głęboko wierzącym człowieku, który stojąc na środku kościoła parodiował moje gesty, budząc przy tym w pełni uzasadnione bezbrzeżne rozbawienie wiernych? Czytelniku, miej litość nad kaznodziejami! To moja pierwsza wskazówka.Pamiętaj też, że do kościoła chodzimy po to, by dowiedzieć się tego, czego wcale nie chcemy się dowiedzieć. Kiedy więc kaznodzieja mówi coś, co mi nie pasuje, to niekoniecznie jest to jego problem. Moja druga wskazówka zatem: idź do kościoła z postanowieniem usłyszenia czegoś, co Ciebie zdenerwuje, wyrwie z letargu, co wzbudzi Twój protest. Będziesz miał przynajmniej o czym myśleć. (Oczywiście tę zasadę należy stosować roztropnie).Wskazówka trzecia. Jeśli się nie pomodlisz za kaznodzieję przed kazaniem, to nie masz prawa być niezadowolony i nie masz prawa go krytykować. Amen.Jeśli więc jeszcze przed kazaniem charakteryzujesz się tymi trzema przymiotami, a więc: masz litość dla kaznodziei; lubisz słuchać rzeczy, które Ci nie pasują i modlisz się za kaznodzieję – czytaj dalej.


2. W trakcie kazania

Jeśli kaznodzieja mówi od rzeczy, krzyczy, miota się, robi się czerwony ze złości, stara się „robić wrażenie”, kokietuje, powtarza się, stara się być sympatyczny, nudzi, ględzi... a więc, gdy mamy do czynienia z kiepskim kazaniem masz trzy wyjścia:- Opcja dla herosa. Herosi wiary, z reguły osoby starsze i mądre mówią: „Z każdego kazania da się coś dla siebie wydobyć”. Jeśli nie dorosłeś do tej postawy proponuję:- Opcja modlitewna. Noś w kieszonce różaniec i zacznij go sobie w duchu i bez ostentacji odmawiać. Czas jest cenny, nie powinniśmy go marnować. Zamiast krążyć myślami po całym świecie i wkurzać się na kaznodzieję, lepiej zmówić różaniec. Bądź pożyteczny.- Opcja teologiczna. Powiedz sobie sam kazanie.


3. Po kazaniu

Mylisz się, jeżeli uważasz, że oddziaływanie kazania kończy się wraz z ostatnim słowem kaznodziei. Masz jeszcze sporo do zrobienia. A więc, jeśli kazanie było naprawdę słabe, możesz je jeszcze ratować! Pomódl się do Ducha Świętego, by chociaż jedno słowo zostało przez kogoś zapamiętane. Może ktoś inaczej niż Ty przeżył to kazanie. Możesz wołać dramatycznie: „Duchu Święty ratuj to kazanie!”. Zniechęcam Cię do bezpłodnego krytykowania kazań a zachęcam do delikatnego upominania kaznodziei, nawet jeśli spadną na Ciebie za to gromy.

Mateusz Przanowski OP
http://www.dominikanie.pl/

KOMENTARZE Internautów:

DorkaS

Dodałabym jeszcze możliwość ćwiczenia się w cierpliwości w trakcie „trudnego” kazania i zastanowienie nad tym, co Bóg chce mi powiedzieć przez to przeżycie, co mi pokazać, do czego sprowokować, gdzie posłać.

Janusz

To co Ojcze piszesz jest bardzo bardzo mądre i dobre. Bardzo Ci dziękuje za tego bloga. Choć napisany humorystycznie traktuje go serio i będę stosował. W mojej rodzinnym mieście jakość kazań jest hm.. no dla hiper wytrwałych. Ale z Twoim niezbędnikiem jakoś może przetrwam. Dzięki i pozdrawiam serdecznie. A twoje kazania wcale nie są złe. Wręcz bym powiedział że są dobre a często nawet bardzo dobre.

Anka

Ważny tekst. Chcę tylko dorzucić coś do jednego fragmentu. Co zrobić z przeszkadzającymi? Zwrócić uwagę! Zawsze w takich sytuacjach zastanawiałam się, jak to możliwe, że ksiądz to ignoruje i nie zauważa. Oczywiście nie krzyczeć, nie wkraczać do akcji, nie mówić tonem protekcjonalnym, ale zapytać, „czy mógłbym poprosi opiekunki dziewczynki, o posadzenie jej koło siebie, bo bardzo mi jest trudno mówić przy akompaniamencie grzechotki; pana natomiast poprosić o zajęcie miejsca” (to mogłoby być trudniejsze)… To doprowadziłoby do nawiązania bezpośredniego kontaktu kaznodziei ze słuchaczami, którego niejednokrotnie brak. Słuchacze potrzebują świadomości, że kazanie/homilia zawiera przesłanie nie tylko dla nich, ale też dla tego, kto je głosi.

nikoghos

Czy Bóg nie może czegoś powiedzieć przez kiepskie kazanie? Musi się koniecznie posługiwać elokwentnymi i uduchowionymi kaznodziejami, żebyśmy się nie wyłączyli, albo nie zaczęli odmawiać różańca? A może akurat chce mówić przez zirytowanie słuchacza, oburzenie, czy wręcz zgorszenie? Słuchać zatem, nie wyłączać się. Najwyżej następnym razem pójść gdzie idziej na mszę.

niepokorna

Delikatnie upominam więc o. kaznodzieję - proszę być wdzięcznym tej matce z dzieckiem i z grzechotką, że przyszła na ojca mszę - myślała, że poczuje się jak w domu. Ale cóż teraz to trzeba zabrać ze sobą instruktaż Przanowskiego...

joanna

poradnik Ojca wydaje mi się całkiem niezły (może prócz opcji teologicznej, bo jest dość ryzykowna), więc biorę go sobie do serca i dziękuję :) jednocześnie, mając świadomość słabości mojej wiary, staram się chodzić na Mszę tam, gdzie jest duża szansa usłyszenia kazania na wysokim poziomie (co wcale nie musi oznaczać nie wiadomo jakiego poziomu elokwencji i uduchowienia). a tak nawiasem i w nawiązaniu do wypowiedzi niepokornej - kto daje dziecku grzechotkę w kościele?! nie zaszkodzi czasem troszkę pomyśleć...


Do niepokornej
Kochana, mądrością jest dzieci wychowywać tak, żeby wiedziały, że są miejsca w których trzeba zachować spokój, ciszę. Dziecko potrafi wykorzystać sytuację wiedząc, że wszystko mu wolno. Więc z szacunkiem do Niego, ale stanowczo należy pokazać mu, czego robić nie należy...

niepokorna

Zgadzam się z przedmówcą. Problem w tym, że to nie chodzi o tą grzechotkę, o to czy dziecko jest mniej głośne, czy więcej w Kościele. O tym każdy/a wie. Chodzi o pogardliwe podejście O. Mateusza do słuchaczy machających rękami, czy grzechotką. Mamy być bezgranicznie posłuszni, poddani głoszącemu mowę - szkoda tylko, że nie ma możliwości polemiki z kaznodzieją i chyba marnym skoro tak mało znaczące rzeczy rozpraszają jego uwagę.

czytelnik

Niepokorna poniosło cię. Widać że nie jesteś nauczycielką ani wykładowcą. Kazanie to dialog kaznodziei ze Słowem. Robi to w naszym imieniu, w imieniu Kościoła, i odpowiada na nasze pytania. To trudne i wymagające skupienia. A zatem pomóżmy mu. Małe dzieci z grzechotkami, krzyczące, rzucające różnymi przedmiotami + obojętni rodzice = zdenerwowani wierni i ksiądz.
maskaChyba najciekawsze rozwiązanie :) Pierwszy raz się z nim spotykam :) Dzięki :) Ale chyba też trzeba pomodlić się solidnie, żeby nie było w nim herezji :)))
------------------------
/brat Pit/ - a ja sobie myślę... dobrze by było mieć tyle komentarzy pod swoimi postami :)))