Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty

07 kwietnia 2009

Najpierw trzy razy pochwal!



Pierwsze świadectwo



Z jakąkolwiek koleżanką bym się nie spotkała, one wszystkie od razu zaczynają narzekać na swoich mężów. Jedna przez drugą opowiadają o tym "jaki to ten mój mąż jest okropny". To niemal norma. Moja serdeczna przyjaciółka, pracując z dziećmi, ma taką zasadę: "Jeśli musisz dziecko poprawić, dać mu jakąś swoją krytyczną uwagę, musisz je przedtem najpierw trzy razy pochwalić".


To moje odkrycie zbiegło się w jednym czasie z naszym bardzo poważnym kryzysem małżeńskim. Z dnia na dzień obserwowałam, jak nasz związek powoli się rozpada. Tak sobie wtedy pomyślałam: o mężczyznach mawia się czasem, że to trochę takie duże dzieci. Może by spróbować tej metody na mężu? Zrobiłam eksperyment. Zaczęłam chwalić męża.

Chwaliłam go za wszystko, za co tylko mogłam go pochwalić, bez zbytniego naciągania oczywiście. I mąż powolutku zaczął się zmieniać. Na lepsze. Zrobił się dla mnie milszy. Z zszarzałego faceta, przeobraził się w pełnego radości, energii mężczyznę. Ten fajny facet był w nim przez cały czas. Tylko ja go nie potrafiłam dostrzec.


Jego wady oczywiście dalej pozostały takie, jakie były. Ale starałam się nie zwracać na nie uwagi. Przymykałam oko. I dalej chwaliłam. Również w towarzystwie. Nic tak nie podnosi męskiej samooceny, jak chwalenie go przy innych. Na początku nie było łatwo. Przyzwyczajona do tego, by mieć pretensje o wszystko, musiałam się nieźle natrudzić, by się powstrzymywać przed wytykaniem mu błędów. Taki zszarzały mąż jakoś nie zachęca do tego, by go chwalić. Ale zawzięłam się. Pomyślałam sobie - przecież to jest w jakiś sposób ciągle ten sam człowiek, za którego wyszłam.


Przecież za coś go kiedyś podziwiałam. To wszystko musi tam gdzieś w nim nadal być! Gdy cokolwiek zrobił dla mnie, zamiast wychodzić z założenia, że to jego obowiązek, chwaliłam go i bardzo mu dziękowałam. Zaczęło się od drobiazgów - zakupy, wyrzucone śmieci, naprawiona klamka w łazience, Stworzyłam w swojej wyobraźni obraz dobrego męża, a potem tu i teraz zachowywałam się wobec niego trochę tak, jakby on już tym dobrym mężem był.


A mąż (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) powolutku przeobrażał się w ten mój "ideał mężczyzny". Ale (to bardzo istotne) - zaczęłam od siebie! To ja pierwsza zaczęłam "dawać". Nie czekałam, aż on zacznie. Nie trudno się domyślić, że po jakimś czasie mąż zaczął robić dla mnie dużo więcej, z ochotą, bez marudzenia. Minął rok i znów mam wspaniałego męża, który (po 15 latach wspólnego życia) znów jest we mnie do szaleństwa zakochany, fajnego synka, spokojny, ciepły dom. Czuję się bardzo szczęśliwa.


Drugie świadectwo


Po kilku latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż mnie zdradza. Wiadomość ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Najpierw był szok, niedowierzanie, wrażenie, że to koszmarny sen potem bunt, gniew, płacz, a w końcu poczucie winy i utrata wiary w siebie. Poczułam się samotna i opuszczona, wydawało mi się, że cały mój świat runął w gruzy. Nie przestawałam się jednak modlić. I bardzo szybko dotarła do mnie prawda - nie jestem samotna, bo Bóg jest ze mną i kocha mnie.


Myślę, że dzięki wstawiennictwu Maryi mogłam mimo wszystko powtarzać mężowi, że go kocham i, że niezależnie od tego, co postanowi zrobić, będę go kochała. Czułam, że to Szatan opętał mojego męża i na nic nie przydadzą się ludzkie sposoby. Walczyłam środkami duchowymi: postem, jałmużną i modlitwą. Podczas Mszy świętej prosiłam o nawrócenia męża. Każdej nocy nakładałam ręce na śpiącego męża i modliłam się do Ducha Świętego. Kochałam.

I choć może się to wydać dziwne, starałam się go traktować jak zawsze. Nie separowałam go ani od stołu, ani od łoża. Chcę być dobrze rozumiana - nie akceptowałam romansu męża, ale nie odtrącałam go. Mówiłam mu, że postępuje źle, ale że ja wierzę w jego miłość do mnie i dobro ukryte w jego sercu. Starałam się niekiedy wspominać najpiękniejsze chwile naszej wspólnej historii.


Rozmowy ciągnęły się całymi godzinami. Nie wszystkie były spokojne, często się raniliśmy. Widziałam jednak wyraźnie, że moja wiara, modlitwa i okazywana miłość zmieniają męża. Jezus zmieniał także mnie. Nie pozwalał, by moje serce stwardniało, zamknęło się w urazie, by miłość uległa ambicji czy pragnieniu zemsty. Zrozumiałam, że ja też mam za co przepraszać, że nie jestem skrzywdzoną niewinnością.


Zobaczyłam, jak wiele ran w przeszłości zadałam. Nasze małżeństwo przetrwało! Przebaczyliśmy sobie nawzajem. W dodatku mój mąż się nawrócił i dla nas obojga jedynym trwałym fundamentem jest Chrystus.

02 marca 2009

Ruch Ekip Notre-Dame w Radiu eR

Zostaliśmy zaproszeni do Radia eR (ewangeliczna Radość). Było to 15 lutego bieżącego roku.

Choć nie mieliśmy właściwie żadnego wczesniejszego doświadczenia z audycjami radiowymi, to udało się nam program zrealizować dobrze. Sami teraz oceńcie :))


Dziękuję Parom małżeńskim za zaangażowanie i udział!


http://www.end.org.pl/
Ekipy Notre–Dame proponują każdemu małżeństwu:

- sposób życia w dzisiejszym świecie zgodny z nauką Chrystusa jako pary małżeńskiej i chrześcijańskiej
- metody jak stać się w pełni małżeństwem
- wspólnotę małżeństw mających ten sam ideał
- wzajemną braterską pomoc zarówno duchową, międzyludzką jak i materialną
- okazję studiowania i wspólnej refleksji, która doprowadzi członków ekip do pogłębienia ich wiary i pomoże wzrastać w miłości do Boga i ludzi
- organizację promującą ożywienie i jedność ruchu w świecie

- wspólnotę małżeństw chrześcijańskich, których jednoczy sakrament małżeństwa i w której jest także doradca duchowy



19 stycznia 2009

O doświadczenie Bożej Miłości


MODLITWA DO DUCHA ŚWIĘTEGO O DOŚWIADCZENIE MIŁOŚCI BOŻEJ


Duchu Święty, Mocy nieogarniona.
Daj mi odwagę do szczerego odmówienia tej modlitwy.




Tak bardzo lękam się, czy jestem wartościowym człowiekiem.
Każdego dnia w głębi serca słyszę szept: jesteś gorszy od innych,
jesteś grzesznikiem, nie dajesz rady.
Tyle razy słyszałem, że Bóg kocha mnie, ale ja to tylko wiem, ale tego nie
doświadczam. I dlatego brnę w ślepą uliczkę. Szukam Boga, ale znajduję ciągle
marny obraz samego siebie.
Teraz już wiem, że żadne ludzkie słowo nie wyzwoli mnie z tego szatańskiego
labiryntu.


Pismo Święte mówi:
Miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego / Rz 5, 5/
Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi
Bożymi. /Rz 8, 16/


Pokładając nadzieję w tych słowach słowa, wołam:


Duchu Święty,

rozlej się w moim sercu po najskrytszych zakamarkach mojego JA.

Obmyj moje zranienia i lęki. Przeniknij tam, gdzie nie ma dostępu moja myśl.

Powstrzymaj moje szaleństwo zazdrości, pożądliwości, pychy, kłamstwa.

Spal wszystko, co budowałem poza Bogiem, by dać sobie samemu iluzję wielkości.

Pomóż wytrwać w bólu, gdy umierać będzie stary człowiek.

Obudź mnie ze snu.

Powiedz mi tam, na dnie mojej tożsamości, że jestem umiłowanym dzieckiem Boga. Niech to usłyszę sercem, niech doświadczę tego całym sobą. Pokaż mi moje piękno.


AMEN AMEN AMEN

Ks. Piotr Pawlukiewicz

03 stycznia 2009

Świadectwo. Małżeństwo, które mimo niepłodności urodziło dziecko.

Wokół nas dzieją się rzeczy nieprawdopodobne!

Posłuchaj jak nadzieja, wytrwałość i wiara w Boga pokonały pokusę zastosowania metody in vitro.

Zapraszam do komentarzy!

Podziel się swoim własnym doświadczeniem cudu i działającego Boga, zmieniającego rzeczy niemożliwe w możliwe...

Czy potrafisz podać choćby najmniejszy cud z własnego życia?


02 stycznia 2009

Maxa zabrało kilka godzin temu pogotowie...


Łzy Ojca!!!

Maxa zabrało kilka godzin temu pogotowie, obecnie przebywa na oddziale noworodków jednego z częstochowskich szpitali. Asia też z nim została, pozostałe dzieciaki: Dominikę, Wiktorię i Glorię Marię oddałem pod opiekę dziadków. Siedzę sam w mieszkaniu, łza płynie mi po policzku... Tak bardzo martwię się o Ciebie mój synu! Zatytułowałem blog - Parwdziwy Ojciec, ale nigdy nim nie byłem. 15 lat praktycznie poza domem, zawsze musiałem być twardy, w masce "Brudnego Harego". Gdy do mnie strzelali i gdy ja to robiłem, krew, śmierć, nieszczęście towarzyszyły mi nieustannie. 15 lat walki w pionie d/w z przestępczością narkotykową spowodowało, że widziałem rzeczy o których przeciętnemu człowiekowi nawet się nie śniło - dno ludzkiej egzystencji. Tam już nawet Boga nie było... Gdy 30 października 2008 r. przeżyłem nawrócenie na wzór Nikodema, uprzytomniłem sobie jak wiele rzeczy straciłem przebywając w "otchłani". Wtenczas to postanowiłem, że dam mojemu synowi to co najważniejsze - ojca! Osobiście chcę przekazać mu moją wiarę w Boga - Abrachama, Izaaka, Jakuba, opowiadać mu o życiu naszego Zbawiciela, nauczyć go miłości, wiary w swoje możliwości, dać mu nadzieję. Ale też - posługiwać się bronią, używać sztuk walki i robić piwo! Chyba dlatego nie wstydzę się łez, być może właśnie staję się - Prawdziwym Ojcem!!! Kocham Cię bardzo mój synu!!!

Wśród nas dzieją się rzeczy niemożliwe!

Gloria Maria Wrona (ur. 01.07.2005r.)Trzecia córka Jacka i Joanny. Siostra Dominiki, Wiktorii i Maksymiliana. Historia jej przyjścia na świat i cudownego wyzdrowienia będzie jednym z dowodów świętości w procesie beatyfikacyjnym Sługi Bożego - Jana Pawła II. Wielka wiara jej matki we wstawiennictwo Czarnej Madonny i "niebieską" pomoc naszego wielkiego rodaka spowodowała, że Gloria Maria żyje i wspaniale się rozwija!












Zajrzyj tu koniecznie

06 grudnia 2008

Święto Karty Equipes Noter - Dame - 8 grudnia

Dzień skupienia - Lublin, 6 grudnia





2 przykazanie

Ktoś powiedział:
"Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobień­stwo, a człowiek odpłacił Mu się z nawiązką".

05 grudnia 2008

„40 DAYS FOR LIFE”



40 DNI

40 dni padał deszcz w czasie Potopu i odnowił świat!



40 dni Mojżesz modlił się na Górze Synaj i otrzymał 10 słów!



40 dni Goliat urągał Izraelitom, odmieniając serce Dawida, który zdobył się na odwagę i go pokonał.



40 dni trwał post i modlitwa za Niniwę i została uratowana na skutek ostrzeżeń Jonasza.



40 dni Jezus przez 40 dniowy post na pustyni przygotował się do swej działalności, która odmieniła świat.



40 dni Po zmartwychwstaniu Jezus przez 40 dni pouczał swych apostołów, którzy zostali całkowicie odmienieni.



40 dni Ameryka modliła się o koniec A B O R C J I ! I wygrała... !!!



A ja? A My? ...




1. Modlitwa i post. Pierwsze, najważniejsze, co można uczynić, co każdy z nas może zrobić, to modlitwa. W modlitwie każdy może się przyłączyć do tej kampanii. Nie tylko w USA, ale na całym świecie. Bo to nie jest problem Ameryki, to problem ludzkości. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi i wszyscy są dziećmi Bożymi. Za wszystkich Jezus oddał swe życie na Krzyżu i za wszystkich mamy obowiązek się modlić. Ponieważ jednak Biblia nas uczy, że pewne złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem, organizatorzy tego ruchu serdecznie zachęcają do tego, by swe modlitwy wspomóc jakąś formą postu. Każdy sam w swoim sercu oceni ile może poświęcić Bogu. Nie musi to nawet być post od pokarmów, może być od telewizji, plotkowania, spędzania bezużytecznych godzin na czatach i innych stronach internetowych, post od złego języka i złego spojrzenia, post od grzechu. Ale post o chlebie i wodzie na pewno nikomu także nie zaszkodzi. ;)



2. Pokojowe czuwanie.Drugą rzeczą, jaką będziemy robić w czasie tych 40 dni, to pokojowe czuwanie naprzeciwko klinik aborcyjnych, modląc są o ich zamknięcie i oferując gotowość pomocy wszystkim tym, którzy może nie widzą innego wyjścia, niż zabicie własnego dziecka. Modlitwa taka ma wielką moc, ratuje życie dzieciom i o ile nie jest niczym nadzwyczajnym w USA spotkanie modlących się ludzi przed klinikami zabijającymi dzieci, to w czasie tej akcji czuwanie będzie trwało niezmiennie przez całą dobę, dzień i noc, przez okres 40 dni. Ja nigdy jeszcze nie modliłem się pod kliniką aborcyjną. Zawsze chciałem to zrobić, nigdy nie było czasu. Ale dzisiaj na pewno pójdę tam pierwszy raz i jestem pewien, że nie będzie to ostatni. Pójdziemy tam też z dziećmi, żeby pomodlić się całą rodziną i dać świadectwo naszym przekonaniom. W końcu Victoria urodziła się w 24. tygodniu ciąży, w momencie, gdy co roku tysiące innych matek decyduje się na zabicie swojego dziecka. Albo może inaczej: Są do tego namawiane, przymuszane presją społeczną, sytuacją domową, własnym strachem i tym, że nie widzą wyjścia ze swej trudnej sytuacji. Dlatego nie oskarżam tu nikogo, ale chciałbym dać świadectwo prawdzie.



3. Wyciągnięcie ręki do lokalnej społeczności. W czasie tych 40 dni akcji jej uczestnicy aktywnie będą starali się dotrzeć do wszystkich mieszkańców naszego miasta z wiadomością o niej. Będą petycje do podpisania i ulotki informujące. Ludzie będą chodzili od drzwi do drzwi informując o akcji, będą informacje udostępnione mediom, uczelniom, kościołom itd., itp.



W Dallas 1200 osób wzięło udział w kampanii, 89 parafii wzięło aktywny udział i uratowano życie 17 dzieci.

26 września 2008

Triduum przed świętem Ojca Pio - DZIEŃ TRZECI - "WALCZ I UFAJ!"

Gdy masz walczyć wybierz odpowiednią broń
Ojceic Pio toczył wiele bitew w sytuacji dręczenia przez pokusy jak i w ocaleniu innych dusz. Jego walka była bardzo realna gdy dochodziło do fizycznej bójki z Szatanem. Liczne since na całym ciele, utrata przytomności, obicia świadczą o tym jak zaciekle zły duch walczył o wydarcie dusz ludzkich z opieki Ojca Pio.
Jaka była jego odpowiedź? Oto jego słowa:

Uwielbiebie Jezusa Eucharystycznego

MODLITWA

Najlepszym pocieszeniem ducha jest umocnienie pochodzące z modlitwy.

Zbawiać duszę można tylko modląc się ustawicznie.

Modlitwa powinna być natarczywa, o ile ta natarczywość jest odbiciem wiary,

Modlitwy świętych w niebie i dusz sprawiedliwych na ziemi są zapachem, który nigdy nie zniknie,

Modlitwa jest najlepszą bronią, jaką posiadamy. Jest ona kluczem, który otwiera Serce Boga.

Modlitwa jest przelewaniem naszego serca do serca Boga.

Poprzez książki szuka się Pana Boga, a w modlitwie myślnej znajduje się Go.

Módl się wytrwale, ufnie, zachowując spokój i pogodę ducha.


Fragment listu o. Pio:

Módlmy się bez przerwy. (20 czerwca 1913r.)



FIAT

Usiłuj postępować zawsze zgodnie z wolą Boga w każdym przypadku i nie lękaj się. Ta zgodność jest pewną drogą, aby dojść do nieba.

Fragmenty listów o. Pio:

Niech się dzieje zawsze we mnie, wokół mnie, we wszystkim i dla wszystkiego najwyższa i najmilsza wola Boga, ponieważ ona umożliwia mi wytrwanie. (10 stycznia 1911r.)

Jakże trudno jest żyć sercem! Trzeba umierać w każdym momencie śmiercią, która nigdy nie zabija, by żyć- umierając i umierając- żyć. (20 listopada 1921r.)

Niech zawsze będzie wysławiany Ojciec w Niebie, który raczy traktować mnie w ten sposób. Niech będzie otoczony chwałą w moim ciele, ponieważ On jest moim życiem, a ja żyję tylko po to, by mu służyć. Nie żyję dla siebie, lecz jedynie dla Niego. (30 października 1914r.)

Błagam Cię o Mój Dobry Boże, abyś był moim życiem, moją barką i moją przystanią. Sprawiłeś, że wstąpiłem na Krzyż Twego Syna, a ja robię wysiłki, aby jak najlepiej do niego się dopasować, Jestem przekonany, że już nigdy nie zstąpię z tego krzyża i że już nigdy nie zobaczę rozpogodzonego nieba. (8 listopada 1916r.)

Mam nadzieję i ufam Bogu, że nie błądzę, chociaż moje uczucie skłania mnie do uwierzenia, że wszystko jest możliwe. (15 sierpnia 1916r.)

To, co naprawdę jasno rozumiem, to to, że moje serce kocha mocniej, niż poznaje mój rozum. Tylko tego jestem pewny. Jestem tak bardzo pewny, że moja wola kocha Tego Najczulszego Oblubieńca, iż poza pewnością co do Pisma Św. niczego nie jestem tak pewny jak tego. (24 października 1913r.)

Roztrząsam, wzdycham, płaczę, lamentuję, ale wszystko nadaremnie. Będę to jednak robił tak długo, aż moja biedna dusza złamana bólem i bezsilna podda się Panu, mówiąc: nie moja wola, o Najsłodszy Jezu, lecz Twoja niech się stanie. (koniec stycznia 1916r.)

Ale „Fiat” powtarzam ciągle i nie pragnę niczego innego, jak tylko dokładnego wypełnienia tego „Fiat” właśnie w taki sposób, w jaki Pan Bóg tego pragnie- wypełnienia go wspaniałomyślnie i stanowczo. (19 czerwca 1918r.)

Nie wiem co mnie spotka. Jednakowoż jedno wiem tylko z całą pewnością, że Pan Bóg nigdy nie zawiedzie w spełnieniu swoich obietnic. „Nie bój się, sprawię, że będziesz cierpiał, ale dam Ci także siłę do znoszenia cierpienia. Pragnę, aby Twoja dusza była oczyszczona i doświadczona codziennym i ukrytym męczeństwem. Pod krzyżem uczy się miłości, a Ja nie obdarzam nim wszystkich ludzi, ale tylko te dusze, które są mi najdroższe” -powtarzał mi ciągle Pan Jezus.”

Po co zraniony mam pozostawać jeszcze dłużej na tym świecie. Nie ma dla mnie jakiegoś balsamu, będącego w stanie złagodzić tę okrutną ranę; pozostaje mi tylko pogodzenie się z takim stanem, by podobać się także w tym Mojemu Słodkiemu Panu. (4 września 1915r.)

Nowy relikwiarz z wycinkiem zakrwawionego bandaża Ojca Pio

Prawdą jest, że cierpię, lecz cieszę się z tego, że to nie jest opuszczenie przez Boga, ale raczej delikatność Jego subtelnej miłości.
Ale niech się dzieje tak, jak On chce. Mnie wystarczy tylko to, abym wiedział, że tego wszystkiego chce Bóg i z tego powodu się raduję. (29 listopada 1910r.)

Pośród tej męki znajduję siłę, aby wypowiedzieć bolesne Fiat! Och, jak słodkie, a jednak jak gorzkie jest to Fiat. Ty tniesz i łagodzisz, ranisz i leczysz, zadajesz śmierć i w tym samym czasie dajesz życie. Jestem gotów na wszystko, aby tylko Jezus był zadowolony i aby zbawił dusze bliźnich, zwłaszcza te, które mi powierzył.

Wszystko, co mogę powiedzieć to to, że doświadczam coraz głębiej tej krańcowej wewnętrznej męki, z największym poddaniem się Woli Bożej. (16 czerwca 1921r.)

Zresztą, ja zawsze będę wymawiał Fiat poddania się, (24 listopada 1918r.)


WALKA I UFNOŚĆ

To przez doświadczenia Bóg przywiązuje do siebie dusze, szczególnie przez Niego umiłowane.

Zwątpienie w Boga jest dla Niego największą obelgą.

Strach jest większym złem niż samo zło.

Bardzo cierpię z tego powodu, że nie będę mógł zdobyć dla Boga wszystkich moich braci, W pewnych momentach jestem bliski śmierci z powodu bólu serca na widok tylu cierpiących dusz, którym nie mogę przynieść ulgi oraz z powodu tylu bliźnich sprzymierzonych z szatanem.

Nie słodyczy, ale bólu nam potrzeba. Oschłość, niechęć, słabość- oto są oznaki prawdziwej miłości. Ból jest miły, wygnanie jest piękne, ponieważ cierpiąc możemy dać coś Bogu.

Akceptuj każde cierpienie i niezrozumienie, które pochodzą od Najwyższego. Tak postępując, udoskonalisz się i uświęcisz.

Im więcej będziesz mieć goryczy, tym więcej uzyskasz miłości.

Mój Jezu! To moje serce jest Twoim. Racz je wziąć, racz je napełnić Twoją miłością, a później rozkazuj mi, abym czynił to, co Ty chcesz.


Poddanie się nie oznacza, że się jest niewolnikiem, lecz wolnym z powodu otwarcia się na dar świętej rady.

Brak miłości jest jak zranienie Bożej źrenicy oka. Czy jest coś wrażliwsze od źrenicy?

Brak miłości jest jak grzech przeciwko naturze.

Jak ciało potrzebuje pokarmu, tak dusza potrzebuje krzyża- dzień po dniu- aby oczyszczać się i odrywać od stworzeń. Chciejmy zrozumieć, że Bóg nie chce i nie może nas zbawić ani uświęcić bez krzyża; im bardziej pociąga do siebie jakąś duszę, tym bardziej ją oczyszcza przez krzyż.

Projekcja krótkiego filmu o Ojcu Pio

Fragmenty listów o. Pio:

Och, Boże! Daj się odczuć mojemu biednemu sercu i dopełnij we mnie dzieło, które rozpocząłeś. Słyszę głęboko wewnątrz mnie głos, który ciągle mi mówi: uświęcaj siebie i uświęcaj innych. (listopad 1922r.)

Praca, która mi ciąży i wyczerpuje mnie ciągle zarówno w dzień, jak i w nocy, a także moje fizyczne dolegliwości które wzmagają się od kilku dni, Pracuję ciągle mimo bólu, a ilość pracy jest tak wielka, że nie mam czasu litować się nad sobą, To jest prawdziwy cud, że nie tracę głowy. (14 marca 1921r.)

Jak bardzo cierpię, kiedy widzę, że Pan Jezus nie tylko nie jest czczony przez ludzi, ale i to jest gorsze, znieważany przede wszystkim tymi strasznymi bluźnierstwami. Wolałbym umrzeć albo przynajmniej stać się głuchy, niż słuchać tak wielu zniewag wyrządzanych Panu Bogu przez ludzi. Modliłem się do Pana Boga następująco: Panie, pozwól mi umrzeć raczej, niż być obecnym przy tych, którzy w tej chwili Cię obrażają, (2 września 1911r.)

Sprzedaż dwumiesięcznika "Głos Ojca Pio"

Miło żyć i cierpieć za bliźnich. (1 listopada 1920r.)
Pan Jezus jest moim świadkiem i Jemu samemu ofiarowałem i ofiaruję moją krańcową mękę. (1 października 1921r.)

Myśli z homilii wygłoszonej na Eucharystii

Zachowywanie się w czasie próby!

Sposób Ojca Pio!

- uciekanie się do modlitwy – czasami wydaje mu się, że jego modlitwa jest odrzucona, bezużyteczna. Dlatego jednak nie przestaje się modlić!
„Mój ojcze – pisze do swojego kierownika duchowego – nie ustawaj w modlitwie i spraw, by inni modlili się za mnie, aby ciężar mojej posługi i moje dotkliwe udręki duchowe mnie nie zmiażdżyły. Odczuwam ekstremalną gorycz duszy. Niech Jezus nieustannie opiekuje się mną”

- zgadzanie się z wolą Bożą – „Ale Fiat powtarzam ciągle i nie pragnę niczego innego, jak tylko dokładnego wypełnienia tego Fiat właśnie w taki sposób, w jaki Pan Bóg tego pragnie – wypełnienia go wspaniałomyślnie i stanowczo”

- wierność obietnicom – nieugięta wola pozostawania wiernym Bogu, stanowcza decyzja, by raczej tysiąc razy umrzeć, niż Mu wyrządzić dobrowolnie najdrobniejszą przykrość i by całą siłą woli być wytrwałym w spełnieniu złożonych obietnic.
„Mój ojcze, kto potrafi odkryć niezmiernie wielkie udręki mego ducha. Mam wrażenie, że umieram w każdej chwili; wydaje mi się, chwieję się w każdym momencie. Jestem poddany próbie wszystkiego. Żyję w wiecznej nocy. Cierpi się, ale mam pewność, że wśród cierpienia i nieprzeniknionych ciemności, w których mój duch jest ciągle pogrążony, nie słabnie moja nadzieja”.

- bezwarunkowe poddanie się duchowym kierownikom i Kościołowi – Ojciec Pio wśród ciemności zawsze szuka portu ocalenia w posłuszeństwie. Na pogrzebie Ojca Pio Enrico Medi powiedział:
„Kiedy Kościół zażądał od niego ofiary, aby nie odprawiał Mszy św. publicznie, nie odprawiał jej;
Kiedy zażądano od niego ofiary, aby pozostawał w ciszy i zamknięciu, pozostał w ciszy i zamknięciu;
Kiedy zażądano od niego, aby przemówił, to przemówił;
Aby się modlił, to modlił się;
Aby odprawiał Mszę, to odprawiał Mszę;
Kiedy powiedziano mu, aby umarł, to umarł”

„Czuję, że duchem jestem ciągle coraz bardziej zanurzany w najgęstszych ciemnościach, które mi napełniają moją duszę krańcowym przerażeniem; ciągle jednak trwam w poddaniu się i zaufaniu wobec przełożonych”.
Największe cierpienie Ojca Pio to niepewność, czy podoba się on Jezusowi!

21 września 2008

Triduum przed Świętem Ojca Pio - DZIEŃ PIERWSZY - "MÓDL SIĘ!"

Triduum 20 - 22 września
Chcieliśmy, aby nasze świętowanie 40 rocznicy śmierci Ojca Pio było głębsze, aby uczyć się Ojca, przejąć od niego choćby część jego ducha. Zorganizowaliśmy więc Triduum. Oto pierwszy dzień przeżywany pod hasłem: MÓDL SIĘ!
Najpierw była praca w grupach.



Ojciec Pio wiedział, że Bóg wypełnił jego ręce łaskami


Tak! A dlaczego pytasz? Czyżbyś się dziwiła?
Wanda Sellach mówi nam: „W listopadzie 1942 roku uda­łam się z Cerignola do Turynu, by rozpocząć naukę w studium doskonalenia zawodowego przy Instytucie Święte­go Franciszka na ulicy via Giacosa 12. Pewnego dnia był nalot dywanowy na miasto. Biegłam, lecz zdawało mi się, że bomby podążają za mną. Kiedy dotarłam cała i zdrowa do kolegium, matka przełożona doradziła wszyst­kim mieszkankom internatu, by opuściły dom, który - uderzo­ny zapalającymi odłamkami - przestał być bezpieczny. Wyszłam na drogę, by znaleźć jakieś schronienie, gdy nag­le jakiś palący się przedmiot spadł tuż przede mną. Miałam ochotę zawrócić, ale nie zrobiłam tego. Płomienie trawiły dom w różnych miejscach.
Była noc. W mieście z powodu wielu pożarów było jasno jak w dzień. Widziałam straszliwe sceny: ludzi, którzy płonęli żywcem; córki, które stały na ulicach i matki, które umierały w oknach i na balkonach. Wyszłam z tego piekła bez szwan­ku. Następnego dnia dotarłam do domu mojego wujka, który mieszkał przy ulicy via Berutti 6.
Po kilku tygodniach mama napisała do mnie, że miała sen: przyszedł do niej list od Ojca Pio. Gdy go otworzyła, znalazła kartkę, na której było napisane: „Przyjeżdżajcie, jestem tu, na południu i czekam na was". Podpisane: Ojciec Pio. Był nary­sowany również krzyż, który nosił ślady wymazywania. Ponieważ przed tym, jak pojechałam do Turynu, mama po­prosiła Stygmatyka, by się mną opiekował, pomyślała, że ten sen być może jest potwierdzeniem tego, o co prosiła. Chciała jednak uzyskać potwierdzenie od Świętego. Właśnie przyjechałam do Cerignola, więc pojechałyśmy razem do San Giovanni Rotondo. Po spowiedzi mama powiedziała mu to, co jej się śniło i powiedziała również o bombardowa­niu, z którego wyszłam bez obrażeń. Zapytała zatem:
- Ojcze, w tym śnie to wy do mnie mówiliście?
- Tak! A dlaczego pytasz? Czyżbyś się dziwiła?
- Ojcze, a ten krzyż, z tymi śladami wymazywania? - Na świecie jest wiele żałoby, a jedna była przeznaczo­na również dla ciebie. Pan ją wymazał.

Po trochu, po trochu odzyskasz całkowicie wzrok
Kronika klasztorna, pod datą 23 października 1953 roku, ma następującą notatkę.
„Dziś rano panna Amelia Zuossa, 27 letnia kobieta, która urodziła się niewidoma, przyjechała z San Nazzaro del Grappa (Vićenza) i zaczęła widzieć. Oto jak to się stało. Po wyspo­wiadaniu się poprosiła Ojca Pio o wzrok, ten zaś odpowie­dział jej: «Miej wiarę i dużo się módl».

Przez chwilę ta młoda dziewczyna widziała tylko Ojca: jego twarz, błogosławiącą rękę i półrękawiczki osłaniające stygmaty. Po chwili jej wzrok gwałtownie się polepszał, tak że widziała już dobrze z bliska. Gdy dziękowała Stygmatykowi za łaskę, on odpowiedział: «Dziękujmy Panu».
Nieco później dziewczyna znów spotkała Ojca Pio na wew­nętrznym dziedzińcu klasztoru. Ucałowała jego rękę, dziękując i prosząc o całkowite odzyskanie wzroku. Ojciec odpowiedział jej: «Po trochu, po trochu odzyskasz całkowicie wzrok»".


No, no!
Guerrino Vernier, urodzony w Sedegliano di Gravisca, poznał Stygmatyka w 1958 roku. Jego żona, Maria mia­ła poważnie chorą wątrobę. Zdecydował się pojechać do San Giovanni Rotondo, by porozmawiać o tym z Ojcem.
Gdy przybył na miejsce, poprosił jakiegoś zakonnika o pil­ne spotkanie ze Świętym, ponieważ z wiadomych względów nie mógł zbyt długo przebywać poza domem. Wkrótce brat zakonny zaprowadził go do klasztoru. Gdy obaj znaleźli się przed Ojcem Pio, dobry braciszek po­wiedział: «Ojcze, ten pan chce z wami rozmawiać».
Guerrino ukląkł i przedstawił stan zdrowia małżonki, po­wierzając ją jego wstawiennictwu. Kapłan, po wysłuchaniu go, powiedział: «No, no!». Nas­tępnie stuknął go lekko końcami palców w głowę i dodał: «Idź i módl się».
Gdy Guerrino podniósł się z klęczek, zobaczył przed sobą gigantyczną postać. W duchu zadał sobie pytanie: „Kim jest ten człowiek?”. Po chwili znów znalazł się przed Stygmatykiem w jego normalnych rozmiarach.
Po powrocie do Biella rozpoczął nowe chrześcijańskie ży­cie. Był katolikiem lecz, zaproszony przez Ojca Pio do mod­litwy, stał się o wiele bardziej gorliwy. Częściej przystępował do sakramentów, a odmawianie różańca stało się jego codzien­nym, stałym spotkaniem z Maryją.Żona nie odczuwała więcej żadnych dolegliwości wątrobo­wych i żyła przez następne dwadzieścia lat.


Otrzymuje tyle listów, czemu akurat mój ma przeczytać!?

Paola Donini z Cesenatico przyjechała do San Giovanni Rotondo w 1964 roku. Od lat była mężatką, pragnęła dziecka, lecz nie mogła zajść w ciąże. Chciała otrzymać słowo, które dałoby jej sercu nadzieje. Nie mogła zatrzymać się tak długo, jak to było konieczne, by dostać się do Ojca (13 - 15 dni). Zrozumiała jednak, że niebiosa są jej przychylne, pojawiła się bowiem niepowtarzalna okazja. Pewna kobieta, która zamówi­ła wizytę 10 dni wcześniej, została wezwana do powrotu przez rodzinę i odstąpiła jej swoje miejsce. Po kilku dniach miała już możliwość wyspowiadania się, lecz gdy tylko otworzyła się krata konfesjonału, spowiednik powiedział do niej: «Odejdź, bo nie czekałaś w kolejce».
Upokorzona przed wszystkimi, poczuła silną niechęć do Ojca. Zakonnik, który pilnował porządku przy konfesjonale, zorientował się, że kobieta jest zdesperowana i powiedział do niej: «Proszę Pani, niech Pani napisze liścik, wyrażając w nim swoje pragnienia».
Wzburzona, najpierw nie chciała przyjąć rady.
«Otrzymuje tyle listów, czemu akurat mój ma przeczytać!?» - mówiła. Potem jednak dała się przekonać i oddała litościwe­mu kapucynowi liścik ze swoją prośbą. Została w kościele czekając i nagle poczuła wielki spokój spływający na jej serce. Niechęć do Świętego znikła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Po południu braciszek zobaczył ją u stóp ołtarza Matki Bo­żej Pośredniczki Łask. Podszedł więc i powiedział: «Ojciec Pio przeczytał Pani list i powiedział mi: „powiedz tej Pani, by miała więcej wiary, a otrzyma łaskę"».
Paola pocieszona wróciła do Cesenatico, lecz pragnienie porozmawiania ze Świętym było zbyt mocne. Po kilku miesiącach pojechała znów do San Giovanni Ro­tondo. Odczekała w kolejce, modliła się, by wreszcie po spowiedzi móc osobiście przedstawić Ojcu swoje marzenie.
- Chciałabym mieć dziecko, mimo iż adoptowałam moje­go najmłodszego brata po śmierci mamy - powiedziała mu.
- To nie ma znaczenia. Będziesz miała swoje dziecko. Na­dal musisz mieć wiarę, a otrzymasz tę łaskę - odparł.Pani Donini opowiada: „Po powrocie do Cesenatico zaczę­łam się modlić. Lata mijały, lecz ja nie traciłam nadziei, że zos­tanę mamą. Mówiłam sobie: «jeśli powiedział tak Ojciec Pio, to znaczy, że wcześniej czy później będę miała dziecko»”. Po 18 latach małżeństwa została mamą.

Nie, nie; nie możesz dać go zoperować.

Anna Palange, wdowa, zaświadcza:
„Było to podczas ostatniej wojny światowej, w 1943 roku. Campobasso było okupowane przez wojska niemieckie. W czasie nalotów aliantów na nieprzyjacielskie pozycje woj­skowe, bomby spadały z nieba w najmniej oczekiwane miejsca. Pewnego dnia jedna z nich spadła w pobliżu naszego domu, powodując wielki pożar. Mężczyźni, którzy wyszli z ukryć i próbowali zgasić ogień, zostali pojmani przez Niemców. Gro­ziła im deportacja w głąb Rzeszy.
Gdy zobaczyłam, że wśród nich jest również mój mąż, stanęłam jak sparaliżowana i nie potrafiłam wykrztusić na­wet jednego słowa. Byłam w szóstym miesiącu ciąży. Mama wstrząsała mną, bym się odblokowała i po dłuższym czasie krzyknęłam: «Matko Boża z Pompei!». Kilka godzin później żołnierze uwolnili naszych mężczyzn i mogli do nas wrócić.
Urodziłam chłopca, któremu nadałam imię Emilio. Gdy osiągnął wiek, w którym dzieci zaczynają mówić, stwierdziłam, że ma z tym trudności. Pojechałam do Rzymu. Tam le­karz powiedział mi, że dziecko doznało paraliżu płodowego, który go ledwie dotknął - jak delikatne pogłaskanie. Byłam również u innych lekarzy, którzy doradzali mi, bym pozwoliła zoperować dziecko. Miałam jednak co do tego wielkie wątpliwości i nie wyraziłam zgody.
W 1948 roku pojechałam do San Giovanni Rotondo. Przy­jechaliśmy około 14.00 - o tej godzinie Ojciec Pio spowiadał mężczyzn.
Próbowałam się dowiedzieć na placu kościelnym, jakie są szansę na to, by się do niego dostać. Pewien pan z Val Gardena, który niebawem miał się spowiadać, zgodził się wziąć ze sobą Emilio, by Święty mógł pobłogosławić moje dziecko. Gdy czekał na swoją kolej, spowiednik odsłonił parawanik swojego konfesjonału i czyniąc znak ręką powiedział: «Chodź tutaj!».
Mężczyzna wstał, lecz Ojciec powiedział: «Nie ty, dziecko» i zaraz dodał: «Emilio, chodź tu». Malec podszedł do Stygmatyka, a ten pobłogosławił go i wrócił do spowiadania.
Gdy uprzejmy pan oddawał mi dziecko, z lekką niechęcią powiedział do mnie: «Proszę Pani, wyszedłem przez Panią na idiotę wobec Ojca. Powierzyła mi pani dziecko, by Ojciec go pobłogosławił, a on go już znał, zawołał go po imieniu!».
Zapewniłam go, że zarówno ja jak i syn jesteśmy po raz pierwszy w San Giovanni Rotondo. Następnego dnia mogłam wyspowiadać się u Ojca Pio, ponieważ przede mną odesłał od konfesjonału pewną starszą osobę.
Jak tylko uklękłam, zaczęłam płakać z powodu wielkich emocji. Ojciec powiedział: «Bądź cicho, bądź cicho, nie płacz; uspokój się, bo nie będę mógł cię wyspowiadać». Uspokoiłam się trochę i powiedziałam:
- Ojcze, przyjechałam, żeby prosić o radę dla mojego syna.
- Dla kogo? Dla tego dziecka, które podesłałaś do mnie wczoraj po południu, dla Emilio?
- Tak Ojcze, nie mówi dobrze i powiedzieli mi, że musi być zoperowany.
- Nie, nie; nie możesz dać go zoperować. Módl się, módl się i miej ufność w Bogu, a zobaczysz - odpowiedział Święty.Posłuchałam Ojca. Dziecko, mimo iż nie wyzdrowiało całkowicie, zaczęło sprawnie mówić. Miał normalną mło­dość, ożenił się i prowadził sklep, który wcześniej należał do ojca.


Mama musi modlić się lepiej

Ojciec Pio po raz pierwszy zobaczył Baldo Colavizza na fotografii. W wieku trzech lat chłopiec zachorował na gruź­licę płuc i gruźlicę kości. Był leczony w szpitalu Ospedale al Mare del Lido w Wenecji od 1947 roku do lata 1953, z przerwą między 6 a 9 miesiącem życia, kiedy był w Fatebenefratelli w Gorizia. Mama, Norina Gressani była biedna i jedynie co jakiś czas mogła przyjeżdżać z Tolmezzo w odwie­dziny do swojego synka. Słyszała od lekarzy, że jego zdrowie było poważnie zagrożone. Latem 1950 roku, gdy dowiedziała się, że panny Rosina i Lucia Castellani, w pielgrzymce z oka­zji Roku Świętego odwiedzą Rzym i San Giovanni Rotondo, powierzyła im swoje cierpienie. „Ja nigdy nie będę mogła po­jechać do tego świętego człowieka, by powiedzieć mu o moim Baldo, bo brak mi na to środków. Powierzam wam jego cho­robę" - powiedziała.Te dwie córki duchowe Ojca Pio zatrzymały się przez kilka dni w San Giovanni Rotondo i wyspowiadały się u Świętego. Gdy Lucia zaczęła spowiedź, Ojciec powiedział jej, by zamil­kła, bo on wymieni jej grzechy. Gdy spowiednik wyszedł z konfesjonału, dwie siostry pokazały mu fotografię dziecka i przedstawiły rozpacz jego matki, prosząc o modlitwy o jego uzdrowienie. Ojciec na to: „Wyzdrowieje, lecz mama musi modlić się lepiej, bo dziecko modli się więcej od niej". Po ich powrocie, Norina ze wzruszeniem wysłuchała tego, o czym Święty zapewniał i podniesiona na duchu zwielokrotniła swo­je błagania do Boga. Z upływem czasu, zdrowie Baldo zaczęło się poprawiać, aż wyszedł ze szpitala całkowicie zdrowy. Gdy dorósł, rozpoczął studia, a po ich zakończeniu wygrał konkurs na dyrektora dydaktycznego. Wykonywał swój zawód god­nie i z gorliwością. Matka, podczas studiów a również potem, przypominała mu często: „Ty jesteś dzieckiem Ojca Pio. On cię uzdrowił. Musisz jechać, by mu podziękować. On jest Świę­tym". Baldo wyznaje: „W obliczu czci, jaką mama żywiła dla Ojca Pio, ja, chłopiec, mówiłem sobie: Ale czyż święci nie są w Niebie? Dopiero później zrozumiałem, że święci najpierw znajdują się wśród nas jako dar Boga”.

Jak to, czy matka nie powinna mieć mleka dla swojego dziecka?

„Nie mogłam mieć dzieci, bo wszystkie umierały w czwar­tym lub piątym miesiącu ciąży. Moja przyjaciółka, Nina Fiorese, poradziła mi napisać do Ojca Pio, poprosiłam ją zatem, by napisała mi kilka słów na kartce i wysłałam list do Świętego.
Po kilku dniach dostałam odpowiedź. Otworzyłam kopertę, w której znalazłam wizerunek Matki Bożej Pośredniczki Łask i drugi, przedstawiający kapucyna, Sługę Bożego O. Raffaele da Sanfelia a Pianisi. Na załączonym bileciku można było odczytać wypisane słowa: „Ojciec Pio powiedział: Odprawcie nowennę do Matki Bożej Pośredniczki Łask i do Sługi Bożego O. Raffaele, kapucyna, a łaska zostanie wam udzielona”. Pod­pisano: Ojciec Gwardian klasztoru w San Giovanni Rotondo, 15 września 1959.
Następnego roku urodziłam dziecko, które żyje do dziś. W 1963 roku, ku wielkiej radości całej rodziny, urodziłam nas­tępne dziecko, któremu dałam na imię Pio Cataldo. Oczywiście odmawiałam przez bardzo długi czas nowennę i łaska, o której z wiarą zaświadczam, została mi udzielona za wstawiennictwem Ojca Pio. Zawsze będę mu za to wdzięczna.
Córki duchowe Ojca są zgodne co do tego, że Święty zaw­sze uważnie i z troską przyglądał się problemom matek. To one były u Ojca najbardziej uprzywilejowanymi rozmówca­mi.
Irma Vinelli opowiada, że pewnego dnia otrzymała tele­gram od pewnej kobiety, która prosiła ją o interwencje u Stygmatyka. Miała rodzić, lecz dziecko źle się ułożyło. Poszła do klasztoru i w tym samym momencie, w którym Ojciec zapew­nił o swojej pomocy, urodził się malec.Ta sama Irma Vinelli pewnego dnia powiedziała do Święte­go: «Ojcze, nie mam mleka dla mojego dziecka!». On na to: «Jak to, czy matka nie powinna mieć mleka dla swojego dziecka?». Natychmiast jej piersi wypełniły się mlekiem tak, że nie mogła doczekać się powrotu do domu.

Dlaczego Bóg nie zawsze interweniuje?
Czasami w San Giovanni Rotondo można było od kogoś usłyszeć słowa wyrażające zdziwienie i nutę protestu: „Mimo mojej gorliwej modlitwy, odmawianej z wielką wiarą, Ojciec Pio nie otrzymał dla mnie łaski, o którą prosiłem”.
Brat Daniele Natale przedstawił Stygmatykowi przypadek, w którym ktoś żalił się w podobny sposób. Święty, wskazu­jąc palcem na niebo powiedział: «Wszystko zależy od Niego!».
Odpowiedź Ojca prowadzi nas do następującego wniosku. Coś, co wydaje się dobre, nie zawsze bywa nam udzielane przez Boga, który ma wobec nas swoje własne opatrznościo­we plany.

Sięgnijmy po pewien przykład. Wiemy, że szczególna cho­roba zmuszała młodego Ojca Pio do życia z rodziną, daleko od klasztoru. Przełożeni robili wszystko, by sprowadzić go z powrotem za klauzurę. Zło jednak działało na swój sposób.
Władze zakonne w Rzymie doradziły bratu kapucyńskiemu, by został diecezjalnym księdzem. Dla Świętego wizja życia poza Zakonem Świętego Franciszka, była gorsza od śmierci.
Zwrócił się on do Matki Bożej prosząc, by mógł żyć zgod­nie z regułą, we wspólnocie, tak jak inni bracia. Jednak Bło­gosławiona Dziewica, która zawsze zachowywała dla tego syna najdelikatniejsze pociechy, wobec uporczywych błagań, spuszczała wzrok lub wręcz nie ukazywała mu „swego pięk­nego oblicza".
Mimo, iż Ojciec Pio prosił, plany Boże były inne.

Pozostańmy trochę dłużej przy tym temacie. Czasami zdarza się spotkać osoby, które długo modliły się do Boga o uzdrowienie kogoś im bliskiego, lecz nie zapobieg­ły śmierci. Zawiedzione, oddaliły się od Boga. Przestały się modlić, nie chodzą w niedzielę do kościoła, by uczestniczyć w Eucharystii.
Cóż można im powiedzieć?
Co do chorób, Ojciec Pio dawał dokładne wskazówki. Mó­wił: „Mamy obowiązek leczenia się, ponieważ zdrowie jest dobrem, które należy chronić". Wiemy ponadto, że Bóg dał człowiekowi inteligencję i zdolności, by, zwracając się do me­dycyny, mógł oprzeć się złu, które w niego uderza i znaleźć środki zaradcze. Święty jednak przypominał, że mimo wszyst­ko zawsze jesteśmy w ręku Boga.

Pewnego razu Natalino Rappa z Biella przyjechał do San Giovanni Rotondo i spotkawszy Stygmatyka skarżył się, że nie czuje się dobrze i że leczenie, któremu się poddał, nie przy­nosi żadnego efektu. Ojciec Pio wysłuchał go, a następnie powiedział: «Pamiętaj, że lekarze i lekarstwa przynoszą efekt, gdy Ojciec Przed­wieczny tego chce».
Odpowiedź Ojca pozwala nam zrozumieć, że Bóg - Mi­łość Absolutna, dla której wszystko jest możliwe - mimo, iż jest wzywany, nie zawsze interweniuje. Wie bowiem, że dla nas zdrowie nie zawsze musi być dobrem, tak jak choroba czy śmierć nie zawsze muszą być złem.

Pewnego dnia Enzo Bertani przedstawił Stygmatykowi dwoje cierpiących i załamanych ludzi - matkę i ojca. Oni, ob­nażając przed nim swój ból z powodu śmierci młodego syna, narzekali na „straszliwą karę otrzymaną od Boga". Święty, ro­zumiejąc czego doświadczali, pocieszył ich i zapewnił, że syn jest w Raju.
Gdy obaj wrócili do klasztoru, Enzo podkreślał ciężką pró­bę, której zostali poddani ci biedni rodzice. Ojciec powiedział jednak: „Nie wiesz, czego im Bóg oszczędził!".
W innych okolicznościach, informowany o bolesnych doś­wiadczeniach, odparł temu samemu Enzo: «My widzimy to, co nam się zdarza, a nie widzimy tego, czego Pan nam oszczę­dza.

By zakończyć ten temat, przytoczymy poniższe świadec­two. Może ono pomóc nam w uchyleniu rąbka tajemnicy, o której wspomnieliśmy.

„ Kto wie jak by skończyła"
Opowiada siostra Vincenza Teremigliozzi: „Moja siostra Anna zrobiła kurs pielęgniarski w Neapolu, gdzie bardzo ją lubiano. Zdecydowała zatem zostać w mieście i tu wykonywać swój zawód. Po dwóch latach Ojciec Pio wezwał ją jednak do San Giovanni Rotondo. Otworzono szpital Dom Ulgi w Cier­pieniu i Święty chciał mieć ją przy sobie. Miała 22 lata.
Po kilku latach pobytu na półwyspie Gargano, podczas „azja­tyckiej" epidemii zachorowała. Pozostała jednak w łóżku jedy­nie kilka dni i natychmiast wróciła do pracy. Ponownie poczuła się źle i - mimo, że diagnozy na to nie wskazywały - umarła.
Wszyscy w rodzinie byliśmy udręczeni i zdezorientowani. Mama biła głową w mur. Towarzyszyłam tym scenom - rozbi­ta i zupełnie zdruzgotana. Dziesięć dni po jej odejściu, pewnego ranka współsiostra zakonna, Lucilla po zakończonej spowiedzi usłyszała pytanie Ojca Pio: «Gdzie jest siostra Vincenza?» .
Gdy odpowiedziała, że jestem w klasztorze, Święty dodał: «Przyprowadź mi ją». Kiedy się o tym dowiedziałam, pobiegłam do kościoła i zbliżyłam się do konfesjonału. On wziął moją twarz w ręce i powiedział: «Jak myślisz, gdzie jest twoja siostra? Wysłaliśmy ją do Raju!».
Po krótkiej przerwie dodał, skandując słowa: «Kto wie, jak­by skończyła!».
Tymi słowami otworzył mi oczy, co do tajemnych planów, któ­re Bóg ma wobec nas. Często sobie to powtarzałam: «Kto wie, jak by skończyła moja biedna siostra, gdyby została w Neapolu».Powoli wielki spokój spłynął na moje serce".