09 marca 2009

Rytm bliskości i dystansu w związku

Pradoświadczeniem — jest bliskość

Pierwotnym doświadczeniem człowieka — można powie­dzieć: pradoświadczeniem — jest bliskość. Zaczynamy życie w objęciu przez ciało matki, w kołysaniu ruchami jej ciała, w ryt­mie bicia jej serca. Cały długi okres życia płodowego przeby­wamy w tej bliskości. Dopiero narodzenie nagle i brutalnie poz­bawia nas tej wszechobejmujacej bliskości. Większość ludów pierwotnych i wiele kultur ludowych łączy pierwsze miesiące życia dziecka po narodzeniu, nadal z bliskością matczyna, w kręgu jej ramion, z blisko odczuwalnym rytmem bicia jej ser­ca.

Przez całe dzieciństwo panuje nad naszymi impulsami rytm między szukaniem bliskości w chwilach zagrożenia a oddale­niem się pod wpływem ciekawości świata zewnętrznego. Naj­pierw, wprost proporcjonalnie do rozwoju sprawności zwycięża świat zewnętrzny, wnet jednak proces dojrzewania podyktuje tęsknotę do nowej bliskości z drugim człowiekiem: dotykalnej fi­zycznej bliskości erotycznej.



Zawiera ona w sobie zarówno cie­kawość drugiego człowieka jak i pragnienie przygarnięcia, schronienia, podobnie jak w dzieciństwie.

Teraz jednak blis­kość staje się zarówno pozostawaniem w objęciu jak i obejmo­waniem, zarówno przyjmowaniem jak i udzielaniem schronie­nia. Nie potrafimy jednak już trwać biernie w tym schronieniu — istnieje już w nas pewien rytm szukania bliskości i oderwania od niej. Rytm, który sprawia, że trwające oderwanie nabrzmie­wa tęsknotą i dążeniem do bliskości, a bliskość w pewnym mo­mencie wyzwala pragnienie oderwania się, dystansu. Przecią­ganie się zarówno jednego jak i drugiego stanu poza charakte­rystyczny dla każdego z nas rytm ujawnia się rozdrażnieniem i rozluźnianiem objęcia.

Tak więc być razem oznacza w naszym życiu rytm prze­chodzenia od dystansu do bliskości i znowu wyzwalaniem się z bliskości do dystansu.


Czy uświadamiamy sobie istnienie tego rytmu w swoim przeżywaniu? Czy potrafimy akceptować ten rytm, własny i w drugim człowieku, nawet — a może zwła­szcza — gdy fale tego rytmu mają u każdego trochę inny prze­bieg, gdy nie zawsze współgrają ze sobą harmonijnie?

Przeżycie naruszenia intymności przyjść może zarówno poprzez pogwałcenie wewnętrznego dystansu, jak przez zer­wanie potrzebnej bliskości — mojej intymności potrzebne jest jedno i drugie — we właściwej chwili. Moje wewnętrzne „ja” pragnie zarówno dotykalnej przynależności jak i autonomii.

l tylko przyjęcie istnienia właśnie rytmu, pulsowania obu tych przeżyć i to przyjęcie ich zarówno u siebie, jak i u drugiego człowieka i liczenie się z nimi może zapewnić szczęśliwe współżycie w tak istotnie angażującym bliskość związku, jakim jest małżeństwo.

Podobny rytm, podobne pulsowanie może do­tyczyć także potrzeby słownego, serdecznego kontaktu: rozmo­wy i milczenia. Właśnie w bliskości rodzi się czułość wzajemna kochających się ludzi. Czułość jest wypoczynkiem po namięt­ności — powiedziano gdzieś bardzo słusznie, ale czułość jest bardziej oznaką miłości niż namiętności. Zbyt jednostronnie pojmuje się bliskość i pieszczotę jako przynależne do życia seksualnego — raczej wywodzą się one z miłości i częściej za­stępują seks, niż do niego prowadzą. Czułość liczy się z wrażli­wością drugiego — właśnie jego wrażliwość na urazy zewnętrz­ne budzi czułość i dyktuje delikatną troskliwość, staranie o osłonięcie wrażliwości kochanego człowieka, niedopuszczenie do tego, by doznał przykrości. Czułość budzi się w nas wobec tego co kruche, delikatne i cenne: tak,


sama miłość wymaga ode mnie czułości.

Czułość i bliskość przynależą do miłości i do siebie nawzajem. To ona dyktuje gesty serdeczności i słowa, stanowiące najgłębsze porozumienie miłujących się. To czu­łość właśnie przekracza wszelki egocentryzm i tendencje do podporządkowania sobie drugiego.


Zupełne nie liczenie się ze zjawiskiem naturalnego rytmu bliskości i dystansu w małżeństwie, próby przełamywania go lub narzucenia drugiemu własnego rytmu jako „oczywistego” może się stać źródłem niepokoju. Niezaspokojona tęsknota do bliskości przejść może w lęk przed utratą, albo zostać wyrażo­na pretensją o brak miłości: „ty już mnie nie kochasz”, albo po­dejrzliwością i posądzeniem o zdradę: „szukasz i zaspokajasz swoją potrzebę bliskości gdzie indziej”.

Zachłanność w bliskoś­ci powoduje poczucie zagrożenia autonomii, lęk przed utratą wolności, uczucie ograniczenia, a w konsekwencji unikanie bli­skości i pokusy ucieczki.
Kiedy mówię i myślę „bliskość” — zawieram w tym pojęciu znacznie więcej aniżeli życie seksualne, choć i ono się w tej bli­skości mieści;

o wiele bardziej chodzi o przeżycie bliskości psy­chicznej, także uczuciowej — a jeśli chodzi o ich związek wza­jemny to trzeba wiedzieć, że w miłości ludzkiej rzadko pojawia­ją się one rozdzielnie.

Rozdzielone pozostawiają człowieka w dysharmonii zarówno wewnętrznej jak i z partnerem: mężem, żoną.

Właśnie oderwanie życia seksualnego od bliskości psy­chicznej stanowi w małżeństwie największe wyobcowanie, bo­lesną niedolę.


Niemożliwe jest przeżycie bliskości, schronienia w ramio­nach człowieka nietrzeźwego, o zredukowanym do odruchów fizjologicznych życiu psychicznym albo bezpośrednio po ostrej sprzeczce. Wtedy wymuszona bliskość fizyczna współistnieje z największą psychiczną potrzebą dystansu i najsilniejszym po­czuciem zagrożenia intymności. Poczucie zagrożenia i wyobco­wanie stają się udziałem człowieka traktowanego jak przedmiot zaspokajający potrzebę. Wtedy bliskość fizyczna staje się za­przeczeniem rzeczywistej wewnętrznej bliskości dwojga ludzi, realizuje się zawłaszczenie, pogwałcenie autonomii wewnę­trznej człowieka;

wtedy bliskość nie zbliża, cała jest zagroże­niem.

Jest taka rzeźba Rodina: dwie ludzkie prawe dłonie: męż­czyzny i kobiety zbliżają się do siebie, stykają się końcami pal­ców — jest w nich szukanie wzajemnie bliskości i jednocześnie pełne delikatności i uszanowania jakby pytanie: „czy przyj­miesz mnie — czy teraz mnie przyjmiesz?” A jednocześnie może to także być pożegnanie, pełne czułości i miłości wyzwa­lanie się z uścisku, rozstanie niezrywające, jakby przepraszają­ce: „teraz pozwól mi być trochę osobno...”

5 komentarzy:

Heke pisze...

a ja się bliskości zawsze bałam... mimo, że czasami człowiek jej po prostu potrzebuje.

Anonimowy pisze...

Nasze nastawienie do bliskości z czegoś tam pewnie wypływa... Może potrzeba przełamania się... Może potrzeba uzdrowienia...
Tekst jest naprawdę bardzo ciekawy...

Piotr Zajączkowski OFMCap. pisze...

Tekst jest nie mojego autorstwa. Napisała go Elżbieta Sujak w książce "Małżeństwo pielęgnowane". Jednak rzadko się trafia tak dobitnie pokazujacy pewną rzadko opisywaną rzeczywistość, jaką jest bliskość i dystans.
Z wielu rozmów z parami wynika, ze jest to ważny temat

nimm pisze...

Piękny tekst... Ten rytm jest do osiągnięcia, jeśli istnieje silna więź duchowa i psychiczna miedzy ludźmi, którzy się kochają, rozumieją, wychodzą naprzeciw swoim potrzebom :)

Bardzo podoba mi się wyjaśnienie bliskości, w której bliskość fizyczna jest tylko jednym aspektem a można też ją wykluczyć,jeśli się tego chce. Prawda jest taka, że często seks przysłania wszystkie inne wymiary miłości, np. czułość. Rzeczywiście czułość z wypoczynkiem kojarzy się bardzo... Jest drogą ku namiętności oraz powrotną drogą od niej i jest też drogą bez celu, kiedy zwyczajnie cieszymy się spacerem... :)

Piotr Zajączkowski OFMCap. pisze...

Tej bliskości innej, szerszej, jak w spacerze, dotyku dłoni, wyjątkowym spojrzeniu w oczy, warto się uczyć... Najlepszą szkołą, gdzie takie nauki pobierać można jest ta druga i ukochana osoba, w której odczytuje się jej pragnienia i tęsknoty, marzenia i oczekiwania... Wystarczy tylko mocno chcieć to dostrzec...

Bogactwo przeżywania bliskości jest w nas, tylko czasami nie odkryte. Nawet panowie to mają, tylko niepotrzebnie gdzieś o tym zapominają, nie pozwalają sobie na odkrycie, odczucie, marzenie... bo moze łatwiej jest nie szukać i nie odkrywać, bo może prościej, ale przez to jak ubogo...